Niedziela dla rodziny (horror)

Wysoki Sądzie to było w afekcie, pomroczność….

W niedzielę chodziliśmy z rodziną do „galerii”. To niedaleko. Rozchodziliśmy się po butikach, każdy miał swoje upatrzone firmy i towary. Potem spotykaliśmy się w spożywczym. Po zakupach jedliśmy Pizzę i wracali do domu gdzie wykonywaliśmy jakieś obowiązki przed tygodniem pracy i nauki. Rozmawialiśmy o tym, co trzeba kupić, jak zarobimy, co jest „trendy” a co „żenadą” rozumieliśmy się wzajemnie. Spokój i tzw. mała stabilizacja.

Zbliżała się kolejna niehandlowa niedziela, pierwszą przeczekaliśmy w domu. Koszmar. Żona powiedziała, że trzeba wzmocnić nasze więzy rodzinne i korzystać z racjonalnego wypoczynku a córka, która jest w trudnym wieku, aktualnie opętana ekologią, zapragnęła kontaktu z naturą. Z synem chwilowo kontakt jest utrudniony, bo pała uczuciem do pani od przyrody i obawia się kryzysu uczuć gdyż rozdzieli ich reforma edukacji, a i on wymamrotał coś o kwiatkach ptaszkach miłości i niebieskim niebie.

Pomyślałem, że dam radę, bo wszystkie niehandlowe niedziele to będą dopiero za dwa lata. Jakże błądziłem.

Gdzieś tak koło piątku po dwóch awanturach ustaliliśmy, że pojedziemy do strefy czynnego wypoczynku na łonie przyrody. Przynajmniej tak było w Internecie. Na fotkach jakieś drzewka i krzaczki, niewielkie lustro wody, miejsca na grilla drewniane ławy i stoły, a wszystko wyraźnie podrasowane Photoshopem.

W sobotę żona oglądała przez 4 godziny programy kulinarne. Niestety, co okazało się później, wszystkie były poświęcone kuchni azjatyckiej w Los Angeles. W domu gotujemy rzadko, bo pracujemy na dwóch etatach i nikt nie zwraca uwagi na to, co je. Potem z córką ekolożką poszły do sklepu a po powrocie zniknęły w kuchni. Mogłem spokojnie obejrzeć igrzyska paraolimpijskie.

Wyruszyliśmy wcześnie rano. Rodzina siedziała osowiała w samochodzie. Normalnie o tej porze odsypialiśmy tydzień pracy. Przy wyjeździe z osiedla zapłaciłem mandat, bo w ramach dekomunizacji zmienili nazwy kilku ulic i dołożyli tablicę „ku czci”. Zgubiłem się i pojechałem pod prąd. Na pamięć znam tylko drogę do pracy.

Już po godzinie dzieci pokłóciły się o jakieś problemy egzystencjonalne, o których nigdy wcześniej nie rozmawiały, siedziały milczące i naburmuszone. Żona opowiadała coś o swojej pracy, ludziach, których nie znałem i niezrozumiałych sprawach, o których nie miałem pojęcia. Mijaliśmy skupiska betonowych klocków oddzielone od siebie dawno nieuprawianymi poletkami. Co pewien czas zachwycała się jakąś pseudo dorycką kolumienką, gankiem wzorowanym na sielankach Morsztyna lub łuczkiem bez żadnego znanego mi stylu. Powtarzała, że kiedyś, kiedy już zarobimy zbudujemy sobie taki sam tylko „bogatszy”. Na moją uwagę, że lubię nasze mieszkanie, w którym jest prąd, centralne, kablówka, kuchnia indukcyjna i winda a kwiatki rosną na balkonie, i jak się coś zepsuje to przychodzi fachowiec dowiedziałem się, że brak mi ambicji i „korzeni”.

Wreszcie dojechaliśmy na miejsce.

Przy drodze stała tablica informacyjna z napisem PARKING i kilkoma reklamowymi banałami. Zjechałem na bagnistą łączkę, Jak tylko zaparkowałam obok kilku innych samochodów pojawił się autochton i zarządał opłaty za parking. Kierując się strzałkami, krętą podmokłą ścieżką, dotarliśmy do terenu biwakowego. Łatwo nie było, bo taszczyliśmy wszystko, co podobno jest potrzebne na udany piknik na łonie przyrody. Natychmiast pojawiła się autochtonka i zainkasowała opłatę.

Rozpoczęliśmy od drugiego śniadania. Rozłożyliśmy na stole specjały przygotowane w domu. Wyglądały ładnie i kolorowo tylko ich nazwy były nie do wymówienia, słabo znam chiński. Jak już było gotowe to żona zapragnęła umyć ręce i trochę się odświeżyć, więc kierując się strzałkami WC udała się w stronę zarośli. Po kilkunastu sekundach wróciła w panice. Nie było toalety, nie było cieplutkiej wody i papieru w różyczki. Była drewniana buda i zardzewiałe blaszane koryto z 3 kranami. Mruknąłem coś o „korzeniach”, czego zaraz pożałowałem i po raz pierwszy zatęskniliśmy za naszą galeria.

Drugie śniadanie rodem z Chinatown LA nie było takie złe, było jedynie obce. By nikogo nie urazić zachwycaliśmy się nad oryginalnością, walorami zdrowotnymi i światowością naszego stołu tylko syn pod koniec wspomniał coś o hamburgerach.

Po jedzeniu próbowaliśmy porozmawiać, ale się nie kleiło. Syn zatonął w swoim smartfonie, córka badała jakieś zielsko i okoliczne krzaki a żona zajęła się czytaniem dawno temu porzuconej książki „Witaj smutku” Zauważyłem, że używa gazetki z supermarketu, jako zakładki. Zaczęliśmy się nudzić.

Z dawnych lat zapamiętałem, że na łonie przyrody można na przykład łowić ryby. Robiliśmy to z moim tatą. Kiedyś lubiłem czytać Londona, więc na próbę wziąłem z domu moje stare wędki. Wyciągnąłem z bagażnika sprzęt i udaliśmy się z synem nad wodę (mętny nieco zarośnięty stawik) Syn jakiś czas przyglądał się temu, co robię a potem wrócił do smartfonu.

Tak jak zapamiętałem z młodości zmontowałem wędkę i zacząłem się rozglądać za przynęta. Ze skarpy nad brzegiem wypełzł jakiś robak, wyglądał obiecująco, więc pokonując obrzydzenie już miałem „uzbrajać haczyk”, gdy zjawiło się moja córka. Błyskawicznie oceniła to, co robię, dostała spazmów zabrała mi robaka i z krzykiem „zabójca” runęła do lasu. Znalazłem ją po godzinie jak przy pomocy słownej perswazji przeprowadzała robaka przez lokalną drogę. W milczeniu powróciliśmy na nasz kamping.

Dzień się kończył przyszedł czas powrotu. Po drodze dowiedziałem się, że żona zainspirowana lekturą Saganki zastanawia się nad tym, co nas łączy, córka nie może żyć z zabójcą życia i wyprowadza się do skłota w okolicach Puszczy Białowieskiej a syn nie widzi możliwości rozwoju swojego życia emocjonalnego w środowisku, które go nie rozumie a także z zawalonym testem z matematyki i myśli nad życiem klasztornym. W pewnym momencie oczy nas wszystkich skierowały się na mijany kolorowy neon naszej galerii. Westcheliśmy.

W domu każde z nas zajęło się swoimi sprawami. Ja poszedłem do kuchni i wyjąłem z szafki nóż z kompletu, który razem kupiliśmy w jesiennej promocji….

 

Cezary Żurawski

Tekst publikowany w DZIENNIK TRYBUNA poniedziałek 26 wtorek 27 marzec 2018 nr 58-60 (12253-12254)

Autor

naszpps-admin

Były konstruktor w zakładach przemysłu obronnego, Pracownik Biura prasowego OPZZ, członek Polskiej Partii Socjalistycznej, obecnie emeryt.